A través de las tormentas más fuertes o la brisa más suave, escucha el viento y piensa en mí. (Wśród największych burz i najcichszej bryzy — posłuchaj wiatru i pomyśl o mnie.)
Rozsiadam się w wygodnym fotelu, by za chwilę wyruszyć w podróż poprzez błyski przeszłości, które zachowały się w pamięci Pana A. Nie jestem w tej podróży osamotniona. Moje oczy często spoczywają na urnie stojącej przy specjalistycznym łóżku. Pewnego razu Pan A. mówi: — A gdzież indziej miałaby być? Wypowiada te słowa z taką siłą i głębokim przekonaniem — bo przecież jego miejsce jest przy niej, a jej przy nim. Majestatyczna urna ozdobiona jest amerykańską flagą oraz czarno-białą fotografią młodej dziewczyny, choć daty, które odczytuję, wskazują na jej długie życie. Pan A. nie może się doczekać, kiedy do niej dołączy. Ale jeszcze jest tutaj. W swojej ziemskiej postaci. Oprócz prochów wybranki serca Pana A., a także nas samych, w pokoju jest jeszcze czwarta istota — choć nie wiem, czy można ją tak nazwać. A jednak jest obecna niemal w każdej chwili. Organizuje czas i zadania, odgrywa ważną rolę. Nazywa się demencja — nieproszona towarzyszka, która porządkuje rzeczywistość według własnych zasad.
Gdy tak wszyscy rozsiadamy się w ciszy, oczy Pana A. błyszczą uśmiechem, a zaduma nabiera wyraźniejszego kształtu. Już tam jest — w swoich wspomnieniach, do których za każdym razem żywo mnie zaprasza. Jego opowieści owiane są dla mnie tajemnicą. Stają się prawdą danej chwili, choć nie mam pewności, które wydarzyły się rzeczywiście. Zresztą nie ma to dla mnie znaczenia. Pan A. sam zbiera te kawałki i próbuje ułożyć z nich jeden kolaż. Wiele z nich się ukruszyło, uszczerbiło, zgubiło. Mimo brakujących fragmentów układa się przede mną historia — od chłopca na wzgórzach po mężczyznę wpisanego w krajobraz Ameryki XX wieku.
Mój rozmówca przyszedł na świat w latach 30. XX wieku na południu Kolorado, w rodzinie mormonów, choć jego rodzice przed przyjęciem chrztu należeli do rdzennych mieszkańców Nowego Meksyku. Nie byli piśmienni i żadnej szkoły nie ukończyli. Znali hiszpański oraz język plemienny ich przodków. Mama zajmowała się dziećmi — było ich piętnaścioro — a ojciec prowadził farmę z owcami, które latem wyprowadzał na pofałdowane wzgórza. Pan A. towarzyszył ojcu w tych wyprawach. Szybko nauczył się jeździć konno i był to dla niego czas słodkiej wolności — konie, wzgórza, owce, spanie pod gołym niebem. Gdy miał dwanaście czy trzynaście lat, z kilkoma dolarami w kieszeni podróżował autostopem po północnym Meksyku, podążając tam, dokąd prowadziła go droga.
W wieku siedemnastu lat zaciągnął się do marynarki i przez cztery lata służył na Atlantyku. Władał angielskim i hiszpańskim z równą swobodą. Miał też doskonałą pamięć — stąd przechwytywał i nadawał długie, zaszyfrowane wiadomości. Do tego okresu w swoich opowieściach wracał najczęściej, jakby to właśnie tam dźwięczało echo jego młodości. Gdy ponownie przyjechał w rodzinne strony, szybko się zakochał, wziął ślub, a potem rozpoczął naukę w college’u. Studiował kilka kierunków, korzystając z państwowego wsparcia. Wiedza otwierała przed nim inne przestrzenie — już nie tylko te geograficzne, ale także wewnętrzne. Związał się z Departamentem Obrony i pozostał tam aż do emerytury.
O żonie opowiadał często, ze szklistymi oczami. Przeżył z nią siedemdziesiąt lat i nie sposób było opisać pustki, jaka po niej została. O własnych rodzicach mówił z głęboką wdzięcznością, miłością i szacunkiem. O rodzeństwie nie mówił wcale. O swoich dzieciach także nie wspominał. Te fragmenty jego historii rozpłynęły się w mgle — może zabrała je demencja, a może były zbyt kruche, by je dotykać.
Często planował remont pokoju:
— Wiesz, przemaluję te ściany na niebiesko. Kupię dywan. Odkąd mieszkam u córki, nie czuję się u siebie.
Jakby nowy kolor ścian mógł przywrócić przynależność.
Czasem nagle ożywał:
— Przyjechałaś samochodem? To może wyskoczymy na burgera?
W takich chwilach w jego oczach zapalało się światło. Nie dziewięćdziesięcioletni starzec, lecz chłopiec z kilkoma dolarami w kieszeni i drogą przed sobą.
Innym razem pytam:
— Pani A., czy pije pan kawę?
— Nieee, nigdy nie piłem kawy. Jestem dobrym mormonem.
I znów ten błysk w oczach.
W pokoju piętrzą się sterty książek — głównie opowieści z Dzikiego Zachodu. Pan A. czyta je codziennie. — Kiedy otwieram książkę — mówi — na chwilę staję się bohaterem innej historii.
Zastanawiam się, skąd ta potrzeba. Czy chce być kimś innym? A może odnajduje w tych opowieściach samego siebie sprzed lat — chłopca na wzgórzach, pod ogromnym niebem? A potem przychodzi do mnie myśl, że być może to właśnie literatura jest dla niego pomostem do świata, który przeminął, a jednak wciąż trwa w głębinach jego wnętrza — miejsc, których demencja nie jest w stanie mu odebrać.


Dodaj komentarz