Garść myśli o college’u

Słowo college zarezerwowane jest dla amerykańskiego systemu szkolnictwa i jest to typ uczelni, który przygotowuje studentów do podjęcia wybranego zawodu lub kontynuowania nauki na uniwersytecie. Community college do którego uczęszczam, oferuje uczniom roczne lub dwuletnie programy kształcenia zakończone certyfikatem lub tytułem Associate, a dla osób chcących pogłębić kwalifikacje umożliwia transfer na uczelnię wyższą (studia licencjackie lub magisterskie). O ile szkolnictwo wyższe w Polsce jest bezpłatne i powszechnie dostępne, o tyle w Stanach trzeba za nie zapłacić, co często wiąże się z decyzją o wejściu w dorosłość (lub dany okres w życiu) z niemałym kredytem studenckim. Po podliczeniu rachunku za czteroletnią edukację suma może wywołać zawrót w głowie i nie każdy chce lub może sobie pozwolić na takie zobowiązanie. Kiedy o tym myślę, przepełnia mnie wdzięczność, że nie musiałam ponosić takich kosztów (finansowych i emocjonalnych) za wykształcenie, które otrzymałam w Polsce. Z pewnością nie rozpoczynałam nauki z ciężarem na sercu “a co jeśli to nie ten kierunek” i nie kończyłam jej z presją znalezienia pracy, by spłacić cyrograf podpisany z bankiem. Tutaj to wielka decyzja. College. Otwierające się drzwi dla wielu możliwości, ale też przejście przez wrota, które niosą ze sobą finansowe konsekwencje. 

Przypominam sobie jak to jest być studentką, choć wiele obrazów wykracza poza mapę istniejącego we mnie doświadczenia. Wykreślam więc nowy zarys elementów, siatkę dróg i przystanków. Część zajęć na które uczęszczam odbywa się stacjonarnie (Kompozycja tekstów akademickich i Ceramika), część została przeniesiona do formuły zdalnej (Pierwszy rok akademicki, Kształtowanie umiejętności akademickich). Na zajęciach dotyczących znajomości redagowania tekstów poza wykładowcą jestem najstarszą osobą w sali. Mam wokół siebie mozaikowy obraz młodych Amerykanów – dziewczyny w zielonych, niebieskich, seledynowych, pomarańczowych włosach, niektóre stylizujące się na Billie Eilish, niektóre skąpo przyodziane w stroje fitness. Chłopcy również wyglądają w sposób odmienny. Niektórzy noszą różowe lub żółtawe lub fioletowe włosy, do tego kolczyki lub elementy garderoby, które skutecznie przyciągają oczy. Zastanawiam się czy aby zostać zauważonym trzeba się odznaczać, wyróżniać, czasem krzykliwie zwracać na siebie uwagę? A może jest to sposób akcentowania wolności w wyrażaniu siebie, co w Ameryce jest tak bardzo podkreślane. Tutaj możesz być kim chcesz. Ja chyba też na tle tej młodej grupy wyglądam inaczej. Przeważnie mam na sobie moherowy sweter, który pełni funkcję grzewczą, poza tym brak znaków szczególnych. Pewnie jestem dla nich reliktem przeszłości, gatunkiem, który niebawem wyginie. Zwykle przed zajęciami i w trakcie przerwy panuje ponura cisza, kiedy to wzrok spiesznie wędruje w ekran telefonu, a w powietrzu nie ma jakiejkolwiek potrzeby interakcji. Czyżby i ona odchodziła w zapomnienie? Zajęcia ceramiczne mają nieco inną dynamikę. To przedmiot gromadzący młode i starsze osoby, które przejawiają więcej pasji i entuzjazmu. Podczas zajęć jesteśmy zanurzeni w ceramiczne projekty – pracujemy przy kole garncarskim lub ręcznie tworzymy naczynia. Konwersacje nie sprzyjają tej formie skupienia. Okazjonalnie wymieniamy się uprzejmościami lub doświadczeniem jak osiągnęliśmy dany efekt by znów wrócić do swojej świętej, osobistej, milczącej przestrzeni. Żywiłam cichą nadzieję, że być może tutaj uda mi się kogoś poznać, jednak szybko przekonałam się, że raczej przypominamy grupę introwertyków, którym nie w głowach nawiązywanie nowych znajomości. Mimo to lubię tu przebywać. Choć każdy koncentruje się na własnej pracy, jako grupa wspólnie uczestniczymy w swoistym procesie twórczym. Powietrze pachnie inspiracją i wzajemną wymianą. Pozostałe zajęcia odbywają się zdalnie, w tym jedne z nich polegają na realizacji cotygodniowych projektów, a kontakt z instruktorem i studentami odbywa się jedynie poprzez forum. Nigdy więc nie poznam tych osób, nie zapiszą się na mapie tkanej drogi. Zastanawiam się czy jeśli prowadzenie zajęć będzie zmierzać w tym kierunku, ile ubożsi będziemy o nawiązywane relacje, które mają w sobie żywy komponent. Często z wdzięcznością myślę o tych relacjach, które zawiązały się podczas studiów w Polsce i które do tej pory są żywe. Tutaj wydaje mi się to znacznie trudniejsze.  

W niecodziennym zbiegu okoliczności spotykane przeze mnie osoby noszą w sobie pierwiastek polskości. Nauczycielka zajęć ceramicznych ma polskie nazwisko (Brodnicki). Mężczyzna, który dzieli ze mną stół na zajęciach ceramicznych przedstawia się jako Lewandowski (po dziadku, słyszę “tak wiem, to ten wasz piłkarz, ale nie jesteśmy krewnymi”). Doradczyni akademicka, która wspiera mnie w sprawach formalnych również nosi polskie nazwisko (Jagodnik). Nauczyciel warsztatu pisarskiego ma na imię Adam i jego dziadkowie byli Polakami. Gdy dowiaduje się, że jestem z Polski, w luźnych rozmowach opowiada mi o przodkach i ich spuściźnie – o byciu katolikiem i zamiłowaniu do kiełbasy i kapusty kiszonej. Uśmiecham się słysząc te historie, a w głębi myślę o tych Polakach, którzy wyemigrowali na ten koniec świata i pozostawili po sobie okruchy polskości, które z każdym kolejnym pokoleniem rozmyją się w zapomnieniu. Samo podejście nauczycieli jest nieco inne od tego, które pamiętam z lat studenckich. Prowadzący zajęcia są niezwykle wspierający, często przekazują nam, jak bardzo zależy im byśmy odnieśli sukces. Słyszę też, że będziemy oceniani pod kątem naszego postępu i rozwoju, i ten aspekt ich najbardziej interesuje. Uspokaja mnie to i motywuje, a uczących widzę raczej jako towarzyszy w tej akademickiej drodze. Nie pamiętam kiedy uzyskałam tyle pozytywnych informacji zwrotnych dotyczących mojej nauki. W pamięci noszę raczej obraz wymagających i oszczędnych w chwaleniu profesorów. I choć  nie widzę nic złego w byciu wymagającym, od Amerykanów moglibyśmy uczyć się wzajemnego obdarowywania pochwałami. Nieraz odczuwam moc tych przekazów – słowa te dodają mi skrzydeł i z nimi łapię wiatr w żagle.

Uczelnia jako instytucja edukacyjna wydaje się robić wszystko, aby posiadać w swej ofercie wiele atrakcyjnych rozwiązań i usług dla studentów. Wtedy przypominam sobie, że edukacja tutaj to forma usługi, za którą studenci zapłacili i w pakiecie otrzymują wiele dodatkowych dóbr. Na terenie campusu istnieje bank żywności dla osób w potrzebie, gdzie można za darmo otrzymać artykuły żywnościowe, środki higieny, ubrania i materiały do nauki, a nawet kanapkę lub przekąskę, gdy jest się głodnym. Inne dostępne formy wsparcia to możliwość uzyskania darmowej pomocy psychologicznej, wsparcia korepetytorów, czy doradców kariery i ścieżki edukacyjnej. Istnieje darmowy transport i możliwość wypożyczenia roweru. Są też instrumenty wsparcia finansowego takie jak stypendia naukowe i dotacje, które mają choć trochę ulżyć w wielkości zaciągniętego kredytu. Część z tych środków wędruje z kieszeni nauczycieli, którzy porcję swojej wypłaty decydują się przekazać na te fundusze.  Z jednej strony misja college’u tętni w akademickich ścianach (Empowering individuals, strengthening communities. Wzmocnienie jednostek, umocnienie społeczności. (tłum.)), z drugiej, studenci to raczej klienci, bez których miejsce to nie mogłoby istnieć. Stąd wiele ankiet wędruje do uczniów, których opinia brana jest pod uwagę we wszelkich staraniach uatrakcyjnienia oferty nauczania. Preferujesz zajęcia stacjonarne czy w trybie online? Lepiej przyswajasz wiedzę rano czy popołudniu? To dla mnie też nowość. Nie pamiętam, aby ktoś w Polsce pytał mnie o zdanie. Na uczelnię się po prostu chodziło.  

Okres nauki w college’u do którego uczęszczam podzielony jest na kwartały (po 10 tygodni w okresie jesiennym, zimowym, wiosennym i letnim), a to oznacza, że pierwszy kwartał dobiega końca. Jest to dla mnie wytężony czas pracy i nauki, ale nie tylko. To również wzbogacająca lekcja kultury, jak również wyjście ze strefy komfortu i wejście w przestrzeń rozwoju osobistego. Ale na te rozważania przyjdzie jeszcze czas.

Dodaj komentarz