Bezgraniczny błękit zapada w ciszę.
Dalej niż horyzont,
— bez echa.
Trawy w bezruchu kruszą się
pod ciężarem palącego słońca.
To czas niemówienia,
niesłyszenia,
niemyślenia,
nieczucia —
a jednak bycia.
W innej postaci:
rozlanej jak ogrom nieba,
suchej jak popękana ziemia.


Dodaj komentarz